
Autorem tego materiału jest Jan Rulewski
Zawracanie kijem Wisły
Gdy usłyszałem komunikat prokuratury o umorzeniu śledztwa wobec Lecha Wałęsy – głoszący, iż nie był on tajnym, płatnym donosicielem w czasach PRL, iż ekspertyza Instytutu prof. Sehna była błędna, co potwierdzają świadkowie, a nadto, iż pomawiany bohater był wtórnym analfabetą – zamarłem. choćby teraz wydaje mi się, iż niczego nie rozumiem i sam jestem analfabetą.
Nie przyklaskuję tym, którzy jeszcze szerzej cytują i rozwijają to zidiociałe postanowienie prokuratury. Instytucja ta odleciała w swojej ocenie, tworząc potworka, który łamie wszelkie wyobrażenia o standardach, jakie powinny obowiązywać w polskim urzędzie. W jeszcze większą intelektualną niemoc popadłem jednak wtedy, gdy usłyszałem potakujące słowa samego zainteresowanego.
Poznałem Lecha i – jak wszyscy, którzy przeżywali bądź tworzyli sierpniowe uniesienie w latach osiemdziesiątych – nie wyobrażam sobie, aby dumny L. Wałęsa dokonał seppuku na własnej mądrości. Należało raczej oczekiwać, iż człowiek niedawno nagradzany i wyróżniany w Parlamencie Europejskim, a wcześniej uznany za mędrca Europy, nie zgodzi się na to, by uznać go za głupca. Tym samym nasza Solidarność, w której jaśniał największy polski brylant z Gdańska, spadła do trzeciej ligi.
Czyż to możliwe, aby absolwent szkoły podstawowej i zawodowej, poruszający się na kilku płaszczyznach wielkomiejskiego życia, mógł zgubić umiejętność czytania, pisania i tabliczki mnożenia? A więc to, czego nie da się zapomnieć – tak jak pływania, jazdy na rowerze czy gry w piłkę nożną. W komunie było to wręcz niemożliwe, gdyż stale trzeba było pisać podania: o pracę, o mieszkanie, o przydział wczasów czy urlop. A przecież elektryk musiał dodatkowo wypełniać dokumenty potwierdzające sprawność urządzenia bądź sieci. W stoczni Wałęsa był ponadto związkowym mężem zaufania, prowadził więc książeczkę uwag i wniosków.
Prokuratura rzecze o świadkach owego cudu pedagogicznego. Nie wiem jakich. Ale jego kolega z Wolnych Związków Zawodowych, Krzysztof Wyszkowski – z zawodu stolarz – wybił się przecież na pisanie książek i artykułów, w tym do Tygodnika Solidarność. Tacy to byli robotnicy Wybrzeża. Również w moim otoczeniu, w bydgoskim Romecie, robotnicy – choć czasem kulawo – przelewali swoje myśli na papier, a jeszcze lepiej i skuteczniej zamieniali je w postulaty.
Tak, zgadzam się, iż protokoły z rozmów pisali funkcjonariusze SB (np. por. Graczyk), używając przy tym sloganów o wrogości do socjalizmu. Ale jednak notatki podpisywali donoszący. Nie mówiąc już o pieniężnych gratyfikacjach za sprzedaż swoich kolegów. Pamiętam, jak w Bydgoszczy jeden z donosicieli zażądał na piśmie zwrotu kosztów za taksówkę i osobiście wyjaśniał potrzebę jej użycia. W gruncie rzeczy na całym świecie jest tak, iż donosiciele i szpiedzy chcą sowitej zapłaty, a władze skąpią grosza, aby agenci nie obrośli w tłuszcz i nagle nie pożegnali swoich mocodawców.
Komunistyczne służby raczej żałowały gotówki. Bardziej szafowały stanowiskami, wyjazdami za granicę, przydziałem działki pracowniczej czy choćby mieszkania. I dodam z moich rozmów z wybitnymi związkowcami w stoczni: po tragedii na Wybrzeżu w 1970 roku przeprowadzono pacyfikację ludzi i nastrojów. Przydzielono wówczas setki mieszkań, działek i awansów – choćby bez żądania aktów lojalności. Nie dla wszystkich jednak starczyło dóbr, więc proces ten trzeba było kontrolować przez rozbudowaną i składną agenturę.
Czy trzeba było donosić na piśmie? I nie, i tak. Pisma robotników nie były spójne. Były w nich żale o trudnych warunkach pracy na pokrytych lodem kadłubach statków, o niesprawiedliwości norm czy niezasłużonych awansach. W latach 70. pracownicy akceptowali tę przaśną, socjalistyczną ojczyznę. Akceptowali też pracę służb, choć samych agentów się wystrzegali. Wszak modne i prawdziwe było wtedy pragnienie budowy „socjalizmu z ludzką twarzą”, równości i sprawiedliwości. Dlaczego więc mieli odmawiać rozmów z przedstawicielami władzy? Dla wielu nie było różnicy między sekretarzem partii a podlegającym mu esbekiem. Nie oznaczało to akceptacji komuny, ale było próbą ułożenia z nią stosunków w sytuacji awaryjnej. Zresztą, jak się okazało, na innej płaszczyźnie robili to alumni i księża, a także niektórzy pisarze i intelektualiści. Okres gierkowskiego ożywienia to proces budowania pozornej „jedności moralnej Polaków” – aż do dewiacji, w których socjalizm jawił się jako najlepszy z systemów, podczas gdy Fiat 126p czy Syrena (samochody made in Poland) były pośmiewiskiem w Europie.
A dlaczego jednak pisano donosy i sporządzano wspólnie z oficerem SB notatki w hotelach, komendach czy restauracjach? Odpowiedź jest prosta: tylko w niektórych, bardziej złożonych przypadkach trzeba było szczegółowo wyłożyć skomplikowane więzi między współpracownikami. Głównie chodziło jednak o personalne zniewolenie donosiciela przez tajemną i wszechwładną władzę. Taki drugi etat, w dodatku za friko. Dalej – osobiste, czasem dość oczywiste donosy były dodatkowymi oczami służb na to, co dzieje się wewnątrz zakładu. Padają konkretne liczby: w 1980 roku władzę nad nami sprawowało 17 tysięcy zakładowych, jawnych i tajnych „opiekunów”. jeżeli chodzi o samych donosicieli, liczba ta wzrastała do 60 tysięcy. Ta grupa była najbardziej niebezpieczna, ponieważ pozostawała anonimowa i pozbawiona szarż.
Jeśli tak trywializuję pracę tajnych służb, może powstać przekonanie, iż rola donosicieli nie była głęboka i skuteczna. Otóż nie! Był to rodzaj budowania systemu pamięci wokół wszystkich pracowników w zakładzie i ich możliwych zachowań, by gasić bunty przed czasem. O ich logice najlepiej wypowiadał się Andrzej Gwiazda w więzieniu na Białołęce, gdy esbecy usiłowali nas przesłuchiwać. Podczas gdy my odmówiliśmy rozmów, jeden z nas – Jacek Kuroń – chodził na dyskusje z mjr. Lesiakiem o Dostojewskim, jak nam później wyjaśniał. Gwiazda zamknął wtedy dyskusję krótko: „Kochani, nie doszukujcie się logiki w ubekach – za nimi nie traficie”.
Czytelnik może zatem uznać, iż w tej całej panoramie zjawisk i postaci gdzieś na boku stawiam Lecha Wałęsę. Jednak mimo dużej wiedzy zdecydowanie odmawiam formułowania wobec niego zasadniczych twierdzeń i podejrzeń. Zresztą nie odpowiadam za jego działalność w Stoczni i Elektromontażu. Podziwiam jego przystąpienie do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Choć byłem z nim blisko, na „ty”, nie będę jego sędzią ani prokuratorem. choćby odwrotnie. W latach 70. zmagałem się z niemocą oporu w Bydgoszczy, a gdy nastąpił kolejny wybuch na Wybrzeżu, zaciągnąłem się w ich szeregi. Tak, stworzyli szansę dla mnie i dla wielu innych, którzy – obklejeni czerwonym błotem – chcieli się oczyścić w narodowej rezurekcji. Za to jestem do dziś i na zawsze wdzięczny tym siedemnastu z Gdańska, podobnie jak tym w Szczecinie i Jastrzębiu. Miliony członków ujrzały wtedy realną perspektywę naprawy zgangrenowanego systemu.
Po wielu latach od czasu złamania kręgosłupa komunie w Polsce przez cały czas toczy się dyskusja nad sprawcami tamtych wydarzeń. Oficjalne władze świętują różne rocznice, jednak co rusz wybuchają jakieś medialne granaty. Nieustannie towarzyszy temu pytanie o tożsamość noblisty, światowego lidera ruchu związkowego, człowieka z naszej ulicy i podwórka – hegemona konkurującego sławą z Janem Pawłem II. Niestety, oprócz zawistnych i zagubionych adwersarzy Wałęsy, on sam podaje liczne, sprzeczne wersje swoich rzeczywistych bądź pozornych kontaktów z tajniakami.
To zrozumiałe, iż prowadzi długotrwałą walkę z pomówieniami oraz dokumentami – urojonymi bądź rzeczywistymi – preparowanymi przez ludzi komuny (jak Kiszczak) czy wyciąganymi przez dawnych kolegów (jak Kaczyńscy, Gwiazdowie, Wyszkowski). Prawdą jest też, iż w jego prezydenckiej kancelarii wyrywano z akt kompromitujące karty. Historia zna niejedno takie zachowanie.
W tym konkursie na nowe zdrady i licytowanie ich ceny ja jednak nie uczestniczę. Uważam, iż historia zatoczyła koło. Małostkowością są oszczerstwa i podkładanie nóg dla jej odkręcenia. Panowie Kaczyński, Macierewicz, Wyszkowski – jakkolwiek by was nie cenić, spóźniliście się na pociąg przemian. Tym bardziej bezsensowne są próby podłączenia do niego własnej lokomotywy dziejów. Za późno.
Polska i świat już nas osądziły i przyjęły jako dobroczyńców – hurtowo, czyli Solidarność z Lechem Wałęsą na czele. Pozytywne skutki tego odczuwamy nadal. Polska wspólnie z innymi krajami przeciwstawia się solidarnie agresji Rosji w Ukrainie, krytycznie patrzy na sytuację w Palestynie i mruga z wzajemnością do Ameryki. Wygrywamy czas, który może się już nie powtórzyć.
Stronom obecnej „afery analfabetowej” sprzed ponad 50 lat zalecam maksymę: „Przeszłość jest ważna, ale przyszłość ważniejsza, gdyż będzie dłużej trwać”. Lechowi Wałęsie ciągle i niezmiennie sugeruję jednak, by nie okradał ze sławy i godności robotników walczących o wolność i podmiotowe prawa. Oddanie, ofiarność i głęboka determinacja milionów ludzi ostatecznie przerosły bowiem osiągnięcia ich przywódcy.
Bydgoszcz, 01.10.2026 r

















