Większość normalnych ludzi, jeżeli nie musi, to nie podejmuje działań z góry skazanych na porażkę, co wiąże się ze stratą czasu, zdrowia, a czasami choćby życia. Władysław Kosiniak-Kamysz zdaje się nie przejmować większością normalnych ludzi, pewnie dlatego, iż jest politykiem i w dodatku takim politykiem, który musi, czy wręcz nie ma wyjścia. Gdy w ubiegły piątek do Trybunału Konstytucyjnego, tylnym wejściem od strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, weszła siódemka uzurpatorów i w asyście Policji zajęła budynek, prawie każdy polityk zasiadający w parlamencie i rządzie odniósł się do tych wydarzeń bez precedensu. Nie było w tym gronie Władysława Kosiniaka-Kamysza i Szymona Hołowni.
Byli liderzy, byłej Trzeciej Drogi, potrzebowali doby, żeby zająć stanowisko, ale i po tym czasie poza okrągłymi zdaniami o potrzebie poszukiwania kompromisu, nie powiedzieli nic. Patrząc na najnowszą propozycję Władysława Kosiniaka-Kamysza, ciężko się pozbyć wrażenia, iż to rozbudowana wersja wcześniejszego oświadczenia, z góry skazana na porażkę. Lider PSL postanowił nadrobić stracony czas i w samo południe zaproponował rozwiązanie kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Praktycznie każdy punkt tego planu jest nie do przeskoczenia i to nie tylko w obecnych realiach politycznych, ale w przeszłych i przyszłych. Dla porządku przyjrzyjmy się jednak tej teorii, chociaż ona nigdy nie znajdzie praktycznego zastosowania, obojętnie kto w Polsce będzie rządził, a kto zasiądzie w opozycyjnych ławach.
Na wniosek KRS Zgromadzenia Narodowe, czyli połączone izby Sejmu i Senatu, większością 2/3 głosów uznaje, iż ustała kadencja wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego. W kolejnym kroku Marszałek Sejmu, po konsultacjach z Prezesem Sądu Najwyższego, Prezesem Naczelnego Sądu Administracyjnego i Prezydentem RP, przedstawia 15 kandydatów na sędziów TK i przegłosowanie tych kandydatur również wymagałoby 2/3 głosów Zgromadzenia Narodowego. Władysław Kosiniak-Kamysz dokonał też podziału wśród sędziów, według następującego klucza: Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego proponuje 7 kandydatów na sędziów, Prezydent RP 4, Senat i Sejm po dwóch. Jak widać, takie rozwiązanie wymagałoby cudu polegającego na porozumieniu tylu podmiotów, ilu nie potrzeba choćby do zmiany konstytucji.
Kosiniak-Kamysz jest szefem partii, która bynajmniej nie słynie z utopii, tylko z bezwzględnej pragmatyki i interesowności. Najsłynniejsza anegdota przypisana do PSL, mówi wszystko o tej formacji: „Kto wygrał wybory? Jeszcze nie wiadomo, PSL właśnie wybiera koalicjanta”. Skąd zatem nagle się wzięła ta abstrakcyjna propozycja, z tak nieoczekiwanego kierunku? Właśnie z bezwzględnej pragmatyki i interesowności, bo to nic innego, jak polityczna gra, która może się zakończyć na etapie zbierania wymaganej liczby podpisów, a ponieważ proponowane przez PSL zmiany wymagają nowych zapisów w konstytucji, to potrzeba 92 podpisów. Kosiniak-Kamysz gra rozważnego polityka, potrafiącego połączyć wszystkie siły polityczne w zbożnym celu i nie ma najmniejszego znaczenia, iż to się nie ma prawa ziścić.
Politycznym celem PSL nie jest rozwiązanie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego i tym bardziej zmiana konstytucji. „Ludowcy” rozpoczęli walkę o przetrwanie na dwóch poziomach: centralnym i samorządowym. PSL może po prostu zniknąć ze sceny politycznej, jeżeli w przyszłym roku nie przekroczy progu wyborczego i nie dostanie się do Sejmu, a za trzy lata straci wójtów i burmistrzów na mocy ustawy wprowadzającej dwukadencyjność. Pokonanie tych przeszkód jest wyjątkowo trudne, tym bardziej, iż w obu przypadkach PSL samo sobie nie poradzi i stąd ten duży polityczny blef! Jakoś na siebie trzeba zwrócić uwagę, choćby po to, żeby rozpocząć negocjacje z przyszłym koalicjantem.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!


















