Powiew zdroworozsądkowego realizmu

myslpolska.info 3 hours ago

Przez kilka ostatnich dekad karmiono nas sloganami o zaprowadzaniu w skali globalnej ładu liberalnego, „opartego na zasadach”, których do końca nikt nie zdefiniował i nie rozumiał, a jeszcze gorzej, nie praktykował.

Wierzono jednak, iż tzw. wolny świat Zachodu pod amerykańskim protektoratem (pojęcie propagandowe, ukute w czasach „zimnej wojny”, w kontraście do świata „zniewolonego” przez komunizm), obroni swój cywilizacyjny prymat i odepchnie wszelkie zagrożenia.

Tymczasem na naszych oczach kończy się ta „wielka iluzja”. Nie trzeba być przenikliwym myślicielem ani mędrcem, aby nie dostrzec, iż po latach rozmaitych form interwencji, zachodnia ekspansja doprowadziła nie tylko do odwrotu wielu państw od Zachodu, ale wywołała kryzys wartości, norm i instytucji w jego ramach.

Po okresie idealistycznych uniesień i spektakularnych porażek przychodzi czas na światopogląd realistyczny, pozwalający formułować twierdzenia służące wspólnemu rozumieniu stosunków międzynarodowych w duchu empiryzmu, a nie normatywizmu, zgodnie z regułami przyczynowo-skutkowymi. Nie chodzi bynajmniej o konieczność przyswajania jakichś wydumanych teorii czy naukowych paradygmatów. Rzecz dotyczy raczej zrozumienia w świecie cynicznej polityki i rozhisteryzowanego komentariatu dość oczywistych reguł realizmu zdroworozsądkowego.

Pierwszą z schematy jest przekonanie, iż to sami politycy – według swoich zdolności i możliwości – są siłą sprawczą procesów układania się w duchu pokoju i współpracy. Wojny są wynikiem błędów poznawczych i procesów rywalizacyjnych, ale nie są nieuchronne. Manichejskie podziały na demoniczne siły dobra i zła prowadzą do celowego dzielenia i konfliktowania współistniejących na jednym globie heterogenicznych społeczności. Kto tego nie dostrzega, jest w błędzie.

Drugą regułą jest respekt dla hierarchii sił, pozycji, ról i statusów w stosunkach międzynarodowych. Z tego powodu ważne jest znalezienie dla siebie miejsca we wspólnocie i dopasowanie oczekiwań do możliwości. Od kilku tysięcy lat mechanizmy współdecydowania w systemie międzynarodowym oparte są na układach między największymi jednostkami geopolitycznymi – imperiami i mocarstwami. Stanowią one „konstrukcję nośną” systemu stosunków międzynarodowych i determinują globalny układ sił. Sztuką jest wpasowanie się ze swoją ofertą w te mechanizmy. Kto tego nie rozumie, może srodze się zawieść z powodu pogardy czy lekceważenia ze strony tych, którzy zasięgiem i siłą wpływów górują w sposób oczywisty nad innymi państwami.

Polska na naszych oczach doznaje takiego upokorzenia, po wyeliminowaniu jej przedstawiciela z delegacji liderów europejskich, konsultujących z Donaldem Trumpem „warunki pokoju” między Rosją a Ukrainą podczas niedawnego „spektaklu” w Waszyngtonie. Choć wielu politykom, zwłaszcza z państw mniejszych i słabszych, nie podoba się dyplomacja mocarstwowa, a wspomnienie o „koncercie mocarstw” wywołuje negatywne skojarzenia z niesprawiedliwymi decyzjami w historii, to jednak mimo usilnych prób multilateralizacji stosunków międzynarodowych nie wymyślono nic skuteczniejszego dla przywrócenia pokojowego ładu w zhierarchizowanym świecie.

Trzecia prawidłowość odnosi się do uzależnienia klimatu psychologicznego w stosunkach międzynarodowych od dwu najważniejszych cech polityków – roztropności i powściągliwości. Pochodną tych cech jest autorytet przywódców, ich poważanie wśród innych, co przekłada się na prestiż i reputację państwa. Nie bez znaczenia są także relacje osobiste między przywódcami, których źródłem może być wzajemna akceptacja, podobne upodobania, lojalność i wiele innych cech, o których dowiadujemy się zwykle z biografii politycznych i literatury pamiętnikarskiej. Szkoda, iż nie rozumieją tego polscy politycy, którzy w zasadzie nie liczą się w żadnych kręgach towarzyskich świata zachodniego. Nie ma też bliskich więzi sąsiedzkich, a „sztuczne i obłudne przyjaźnie”, jak choćby Andrzeja Dudy czy Donalda Tuska z Wołodymyrem Zełenskim nie przekładają się na trwałe polityczne korzyści.

Czwarta reguła dotyczy elastyczności i zdolności akomodacyjnych polityki państwa, w zależności od zmieniających się okoliczności i uwarunkowań. Warunkiem zmiany czy korekty strategii międzynarodowej jest rzetelna diagnoza sytuacji przez rządzących pod kątem uzyskania jak największych korzyści z punktu widzenia własnego interesu. Oznacza to ciągłą racjonalizację i optymalizację polityki zagranicznej państwa, opartej na orientowaniu się w dynamice równoważenia sił i zmienności układów geopolitycznych. Przywiązanie do irracjonalnych dogmatów, dotyczących na przykład konieczności rozmawiania z Rosją jedynie z pozycji siły, prowadzi polskie elity polityczne i związany z nimi komentariat na manowce.

W piątej regule zawiera się postulat skierowany na wielowektorowość polityki zagranicznej. We współzależnym świecie tracą sens podziały blokowe i ekskluzywność ugrupowań, opartych na solidarności i misyjności ideologicznej. Górę biorą pragmatyczne interesy, które według podejścia transakcyjnego, nastawione są na zyski w relacjach z różnymi partnerami, począwszy od mocarstw hegemonialnych, tj. USA, Chin i Rosji. Wszelkie stygmatyzowanie państw ze względu na ich wewnętrzny ustrój jest bezzasadne, a choćby szkodliwe. W konkluzji, należy przywrócić w ramach międzynarodowej ekonomii politycznej zrównoważone relacje tak między państwami, jak i wielkimi konglomeratami gospodarczymi.

Realizm zdroworozsądkowy…

akcentuje – po szóste – rolę państw narodowych w procesach legitymizacji władzy na swoim terytorium, z respektem dla suwerenności i autonomii decyzyjnej oraz nieingerencji w ich sprawy wewnętrzne. Państwa są historycznymi bytami, których funkcje wewnętrzne i zewnętrzne ewoluują, ale to nie oznacza, iż mają one być zastąpione przez inne organizacje życia politycznego społeczeństw i narodów. Choć wartości suwerenności i nieingerencji uległy erozji i degradacji, to jednak obrona stanu posiadania oraz zakaz interwencjonizmu wojennego pozostają przez cały czas ważnymi gwarancjami stabilności systemu międzynarodowego.

Po siódme wreszcie, niebagatelną rolę realiści kierujący się zdrowym rozsądkiem przywiązują do historii i geografii. Zawiłości polityki międzynarodowej nie można zrozumieć bez uwzględnienia dynamiki układów sił w czasie i przestrzeni. Politycy pozbawieni świadomości historycznej, a jeszcze gorzej, mający świadomość fałszywą, siłą rzeczy prowadzą do katastrofalnych skutków. Przyznając sobie prawo do moralnych osądów innych państw, nie rozumieją głębi procesów historycznych ani determinizmów przestrzennych. Demonstrują brak pokory, szkodzą prymitywizacją przekazu, nie wspominając o wulgaryzacji języka.

Argumentacja na rzecz obrony własnych interesów przy pomocy erudycji i doświadczenia historycznego jest sztuką, dziś fatalnie zaniedbaną w kręgach polityków. Chyba tylko jeden prezydent Rosji potrafi skutecznie korzystać z tego narzędzia perswazji politycznej. Budzi to wściekłość wśród wszystkich, którzy zatracili zdolność racjonalnego porozumiewania się ze swoimi oponentami przez pryzmat tradycji i ciągłości kultury dyplomatycznej, żywotności interesów i dziedziczonych wzorów zachowań. O dziwo, na spotkaniu waszyngtońskim w sprawie Ukrainy 18 sierpnia 2025 roku, przypomnieniem ważnego doświadczenia historycznego z 1944 roku w sprawie zakończenia wojny między Finlandią a ZSRR, zaimponował prezydent tego państwa Alexander Stubb. To była pouczająca lekcja realizmu historycznego, odwołująca się do stosunku sił między skonfliktowanymi wtedy stronami.

W świetle powyższych schematy widać wyraźnie, iż ani polska myśl polityczna, ani praktyka kolejnych rządów III RP nie są w stanie wygenerować takich wzorów zachowań, które świadczyłyby o ich zdolnościach akomodacyjnych, a także pozbyciu się myślenia konfrontacyjnego i konfliktogennego. Rządzący Polską zdają się nie rozumieć, iż każdy, kto organizuje proces pokojowy i szuka kompromisowych rozwiązań, eliminuje ze swojego grona zwolenników strategii rywalizacyjnych i prowojennych.

Marność nad marnościami

Jakże marna musi być wiedza polskich liderów politycznych i ubóstwo intelektualne ich doradców, gdy nie są w stanie pojąć, dlaczego nie przystają do kształtującej się nowej rzeczywistości geopolitycznej. Wewnętrzne skłócenie na polskiej scenie politycznej i żenujące dowody niekompetencji oraz łamania reguł konstytucyjnych w zakresie uprawnień i odpowiedzialności organów państwa pokazują, iż największym wrogiem Polski nie jest Putin i Rosja, ale zajadłość i wzajemne zwalczanie się skompromitowanych koterii. Na tym tle doprowadzenie do alternacji na scenie politycznej staje się palącym imperatywem dla kontrelit i impulsem do mobilizacji społeczeństwa na rzecz nowego ukształtowania reprezentacji politycznej.

W polskim krajobrazie brakuje przede wszystkim fachowców od politycznego rzemiosła. Studia w dziedzinie nauk humanistycznych, czy to w zakresie historii, politologii, ekonomii, prawa czy socjologii, nie tylko nie przygotowują fachowych kadr, ale wręcz szkodzą w ich profesjonalizacji. Absolwenci studiów uniwersyteckich, którzy obejmują najwyższe stanowiska państwowe, co widać na przykładach kolejnych prezydentów i premierów, nie mówiąc o niższych szczeblach urzędniczych, są pozbawieni elementarnej wiedzy o skutecznym zarządzaniu państwem i meandrach polityki międzynarodowej. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale wtedy zamiast wiedzy większe znaczenie mają ich przymioty osobowościowe. Konia z rzędem temu, kto wskaże polityka w Polsce, wykazującego wiedzę i wrażliwość na to, jak uprawia się politykę w różnych częściach świata, na przykład w Chinach, Indiach, w Turcji czy w Brazylii. A choćby w całkiem bliskiej nam geograficznie Skandynawii.

Polscy politycy nie rozumieją złożoności procesów negocjacyjnych z różnymi partnerami, zakładając naiwnie, iż wszystkie państwa i ich przedstawiciele zachowują się podobnie, a choćby tak samo. Ignorując ich odmienną przeszłość są przekonani, iż polski, dość przecież osobliwy punkt widzenia na historię, musi być podzielany i respektowany przez innych. Naiwność w traktowaniu Ukrainy jako partnera pokazuje, jak Polska dała się oszukać w budowaniu szkodliwej i niebezpiecznej w skutkach narracji przez środowiska neobanderowskie. Ustępliwość spowodowana źle pojętą lojalnością sąsiedzką oraz błędna interpretacja obrony własnego interesu w kontekście tragicznej wojny dwu słowiańskich żywiołów rozgrywanych przez Zachód, zwłaszcza Anglosasów, przynosi Polsce opłakane skutki tak w wymiarze moralno-psychologicznym, jak i strategicznym. Kolejny raz wykorzystano Polskę w sensie przedmiotowym, skazując na wykonawstwo dyrektyw, na których formułowanie rządzący nie mają wpływu.

W zglobalizowanym świecie obowiązuje kultura dyplomatyczna o charakterze biznesowym. Każdy uczestnik gry musi umieć określić i wycenić swoje interesy, a także wskazać na ich atrakcyjność i korzyści, jakie inni mogliby osiągnąć po przyjęciu jego oferty. Rozumienie skomplikowanej gry interesów ma najważniejsze znaczenie dla decyzji podejmowanych na poziomie międzypaństwowym oraz w organizacjach międzynarodowych, zwłaszcza w Unii Europejskiej.

Polskie rządy mają problem nie tylko ze spójną artykulacją własnych interesów. Nie umieją trafnie odczytywać interesów swoich rzekomych partnerów i kontrahentów, nie mówiąc o oponentach. Co gorsza, przyjmują cudze interesy za własne, jak stało się w przypadku Ukrainy. Z tych powodów nie budzą respektu na arenie międzynarodowej, gdyż ustawiają się w pozycji altruistycznej i submisyjnej, a nie interesownej i transakcyjnej. Nie potrafią definiować i demonstrować oryginalnej siły przetargowej, brakuje im alternatywnego myślenia i rozumienia globalnej ekonomii politycznej, opartej na wyrafinowanej kulturze (wy)zysku.

Realizm zdroworozsądkowy zwraca uwagę na znaczenie wzajemnego zaufania w stosunkach międzynarodowych, które jest podstawą wiarygodności i gwarancją dotrzymywania zobowiązań. Cywilizacja zachodnia odwołuje się zwłaszcza do dziedzictwa prawa rzymskiego, w którym przywiązywano szczególną wagę do zasad dobrej wiary (bona fides) i świętości umów (pacta sunt servanda). Okazuje się, iż w dzisiejszym skonfliktowanym świecie zasady te straciły na znaczeniu. Narusza się bądź swobodnie interpretuje nie tylko postanowienia traktatowe, ale podważa się także regulacje z zakresu soft law (prawa miękkiego). Nie ma respektu dla porozumień osobistych (gentelman’s agreements) czy uzgodnień milczących, dorozumianych, które przecież w stosunkach międzynarodowych tworzą delikatną, acz istotną tkankę ufności i spolegliwości.

Trudno się dziwić, iż po doświadczeniach z rozszerzaniem NATO na wschód oraz regulacją konfliktu ukraińskiego w porozumieniach mińskich z 2014 i 2015 roku Rosja zachowuje daleko idący dystans wobec „tymczasowych rozwiązań”, począwszy od propozycji rozejmowego zawieszenia broni. Podczas gdy część opinii międzynarodowej oczekuje szybkich decyzji w sprawie wojny na Ukrainie, liczne niekonsekwencje Zachodu, zwłaszcza USA, na przykład wobec dalszego uzbrajania Kijowa, podważają dobre intencje i osłabiają wymowę amerykańskiej inicjatywy pokojowej. Gdy zrujnowano podstawy wzajemnego zaufania, nie ma łatwego powrotu do poszanowania kultury dyplomatycznej oraz jednoznaczności języka. Chaos pojęciowy i kakofonia narracyjna osłabiają wymowę dialogu dyplomatycznego i nie gwarantują jego pozytywnych rezultatów.

Ukraińska pułapka

Wojna ukraińska długo będzie dostarczać materiałów do analiz, jak liczne i kardynalne błędy popełniono po stronie Zachodu, lekceważąc obawy Rosji w sprawie jej bezpieczeństwa i angażując Ukrainę w wojenną konfrontację z atomowym sąsiadem, bez posiadania przez nią własnych atrybutów siły. W istocie reakcja Zachodu na wszczętą przez Rosję wojnę wpędziła zarówno Stany Zjednoczone, jak i ich europejskich sojuszników w pułapkę, z której nie ma łatwego wyjścia. Determinacja Rosji w obronie swoich racji jest bowiem tak wielka, iż nie obawia się ona ani gróźb eskalacji pomocy zbrojeniowej Ukrainie przez Zachód, ani nacisków w postaci nowych transz restrykcji, zwanych sankcjami. Te ostatnie straciły moc rażenia i stały się bezproduktywne, gdyż Rosja ma za sobą większość wspólnoty międzynarodowej. Wspierają ją przede wszystkim potęgi Globalnego Południa, na czele z Chinami i Indiami oraz pozostałymi uczestnikami BRICS+. W rezultacie okazuje się, iż siła Zachodu ma charakter relacyjny i względny, tj. opiera się nie na samych zasobach, ale na złożonych relacjach między stronami oraz jest zakładnikiem zdolności kontroli ryzyka totalnej zagłady.

Wielu podżegaczy wojennych nie rozumie tych zależności, a to oznacza, iż wszyscy mogą znaleźć się w sytuacji bez wyjścia. Zatem im szybciej wysiłki pokojowe przyniosą jakieś namacalne rezultaty, tym sprawniej będzie można powrócić do konstruktywnych uzgodnień, co mają oznaczać gwarancje bezpieczeństwa dla każdej ze stron – z czyim udziałem i na czyj koszt.

Rosja jest nieufna wobec propozycji europejskich, bowiem dostrzega w nich kolejny podstęp. Rozmieszczenie na granicy ukraińsko-rosyjskiej kontyngentów zachodnich budzi po stronie rosyjskiej obawy, iż mogłyby one być jedynie przykrywką dla kolejnego dozbrojenia Ukrainy, za czym zresztą optuje ukraiński prezydent, którego losy polityczne nie są pewne. Skutecznym rozwiązaniem byłaby jedynie demilitaryzacja spornych obszarów oraz kategoryczne wyrzeczenie się obu stron groźby użycia siły lub jej użycia przeciwko sobie w przyszłości.

Nierealne podejście do podtrzymywania pozycji Ukrainy jako pełnowartościowego uczestnika konfliktu przeczy regułom zdrowego rozsądku i opóźnia rozwiązanie problemu. Ponadto w procesie pokojowym – jeżeli się chce negocjować uczciwie – trzeba się odnieść do współsprawstwa Ukrainy i Zachodu w wywołaniu konfliktu. Udawanie, iż nie było ostrzeżeń ze strony Rosji, począwszy od słynnego wystąpienia monachijskiego Władimira Putina w 2007 roku, przed ekspansją na wschód, jest zwykłym „mydleniem oczu”, trudnym na dłuższą metę do obrony.

Zachód ustawicznie lekceważy zasadę niepodzielności bezpieczeństwa, której sam był zwolennikiem w Karcie bezpieczeństwa europejskiego ze Stambułu z 1999 roku. W kontekście tej zasady Rosja prawdopodobnie nigdy nie zgodzi się na budowanie w taki sposób przez Ukrainę swojej armii i sojuszniczych gwarancji, aby swoją skalą i ostrzem były wymierzone w jej bezpieczeństwo. W sytuacji wzajemnego szantażu i szachowania strachem przed napaścią każdej ze stron na drugą, mamy do czynienia z niezwykle splątanym węzłem gordyjskim, niemożliwym do spokojnego rozwiązania, a jeszcze trudniejszym do radykalnego przecięcia. Zatem jeżeli choćby europejscy protektorzy Ukrainy i jej sztucznie legitymizowanego prezydenta mają jakąś spójną wizję pokoju, to bez zdroworozsądkowego realizmu może okazać się ona bezużyteczna.

Jeszcze większy niepokój budzi włączanie Ukrainy jako państwa ułomnego i niespełniającego żadnych warunków afiliacji z NATO czy Unią Europejską, do instytucjonalnych zobowiązań obronnych tych ugrupowań. Szukanie bowiem analogicznego rozwiązania solidarnej obrony Ukrainy, na wzór art. 5 traktatu waszyngtońskiego, rodzi niebezpieczny precedens rozmywania mechanizmu casus foederis w samym NATO oraz ukazuje kolejną próbę przechytrzenia Rosji, aby Ukrainę włączyć w struktury euroatlantyckie niejako „od kuchni”. Tymczasem wojna może potrwać jeszcze na tyle długo, iż doprowadzi do całkowitego upadku tego państwa, będącego ofiarą przeciągających się gier mocarstwowych. Ukraińcy będą wtedy szukać winnych, którzy doprowadzili do ich nieszczęścia. Nietrudno się domyślić, iż wśród „kozłów ofiarnych” znajdzie się Polska.

Prof. Stanisław Bieleń

Fot. The White House

Myśl Polska,. Nr 35-36 (31.08-7.09.2025)

Read Entire Article